czwartek, 26 lutego 2009

Wychowany przez sukę...

Czy suka potrafi wychować pana? Nasz mały futrzak robi to skutecznie, gdy przez swoje zachowanie zostanie zesłana na noc do kojca. Spóźnione ranne wstawanie przeistacza się w niekończące spacery po schodach w celu zmiany skarpetek. Złośliwość futrzaka nie zna granic. "Kałuże - miny" pozostawia w najmniej widocznych miejscach. Takie postępowanie nauczyło mnie do zakwaterowania Tiny w pokoju Panny Niki. Problem z "zalewaniem" domu przestał istnieć - wniosek - złośliwa bestia, lała ze złości.
Inną rozrywką, są wyścigi do drzwi gdy listonosz dostarcza pocztę. Skubana tak upodobała sobie doręczyciela, że łapie listy w locie zanim przestraszony "brifka" zdąży wycofać rękę. W ten oto sposób moja korespondencja przechodzi przez szczękę "kasownika" zanim trafi do adresata.
Takich zabaw można by wymieniać bez końca, ale ... no właśnie ale... chciało mieć dziecko pieska...

Na zdjęciu S-żonka z suką. (Która ma większe parcie na szkło ?:)

Wystawa w Roscommon

Wiele można wymienić cech, którymi różnimy się od Irlandczyków... Być może przyczyną jest mniejsza populacja, ale wydaje mi się, że ich podejście do ludzi a zwłaszcza dzieci można stawiać za przykład. Każde, nie ważne jak błahe wydarzenie celebrowane jest przez całą lokalną społeczność. Na mecze szkolnej drużyny przychodzą tłumy... Na corocznym świątecznym przedstawieniu frekwencja niemal 100%. Może mamy wyższe wykształcenie, ale jeżeli chodzi o kreowanie indywidualności powinniśmy brać lekcje od mieszkańców Zielonej Wyspy. Kiedyś na lekcji angielskiego poruszyłem temat warunków jakie panują w Irlandzkich więzieniach.(Z racji wykonywanego zawodu odwiedzam regularnie te ośrodki wczasowe:) W dyskusji zakwestionowałem słuszność inwestowania ogromnych pieniędzy w zakłady penitencjarne. Plazmowe telewizory, sale bilardowe itd. Wspomniałem o planach budowy basenu krytego, na co "teacher-ka" odpowiedziała :"A jak w śród więźniów objawi się talent i będzie mógł wystartować na olimpiadzie" Zabrała mi argumenty do dalszej dyskusji i uświadomiła jak bardzo nasi gospodarze są zdeterminowani do stwarzania każdemu optymalnych warunków rozwoju. Nie inaczej jest w żeńskiej szkole Panny Niki. Dnia wczorajszego otrzymałem wiadomość od pani dyrektor, że dnia dzisiejszego odbędzie się wystawa prac wykonanych przez uczniów. (Czego nie można sobie wyobrazić w Polsce, to to że szkoła jest w stałym kontakcie z rodzicami poprzez sms-y)Sięgając pamięcią do lat szkolnych trzeba było być szczególnie uzdolnionym aby jego prace były wystawiane na forum publiczne, a cały ciężar "wykuwania" talentów spoczywał na rodzicach.
Otóż dzisiejszego wieczora S-żonka z Panną Nicolą poszły na wernisaż. Oprócz prac uczniów, przedstawiciele różnych społeczności częstowali potrawami ze swego regionu...
Tu trzeba nadmienić, że największą popularnością cieszył się Polski stolik. Nasze pierogi, serniki, i sałatki nie miały konkurencji:)

"Tańcząca Róża" i Panna Niki
Dla zainteresowanych, jak podaje autorka, w sprzedaży będą reprodukcje :)

Panna Niki z psiapsiółką i wychowawczynią

Tak jak w kinie...

Przeglądając stronki dla zabicia czasu natknąłem się na Schweppes Short Film Festival.
Oryginalna strona, w pełni oddająca klimat kina... http://www.schhh.eu/shortfilms/ Szczególnie polecam film "Signs".

niedziela, 22 lutego 2009

Niedzielne zabawy

Kilka dni temu S-żonka zakomunikowała, że będzie miała wolną niedzielę. Dodając... to gdzie mnie zabierasz??? Wyjścia nie było, trzeba było zmierzyć się z rzeczywistością i zaplanować niedzielną wycieczkę. Poszukując natchnienia natknąłem się na znajomych z emigracyjnego podwórka, którzy zaproponowali wyjazd do AquaParku. Po przekopaniu się przez przepastne zasoby internetu padło na Bundoran. Niedziela 9:00 start i po dwóch godzinkach staliśmy przed założonym celem... Tu niespodzianka obiekt otworzą ale w kwietniu:P
Zdegustowani tym faktem postanowiliśmy udać się na łowy do Enniskillen. Rodacy z zielonej wyspy dobrze orientują się w temacie i przy obecnym kursie Funta regularnie odwiedzają mekkę taniego alkoholu:) Ale do rzeczy... tu kolejna niespodzianka - sklepy otwierają o 13. Krótki rajd po mieście - dobry i tani obiad w restauracji, regularne zakupy i powrót z tobołami...
W drodze powrotnej przystanek w Strandhill i ... wycieczka na Coney Island. Na wyspę wjeżdża się po dnie zatoki podczas odpływu...Przed wjazdem tablica ostrzegawcza poinformowała nas o niebezpieczeństwie i konieczności sprawdzenia kalendarza przypływów. Nie musieliśmy sprawdzać ... brak plaży w Strandhill nie pozostawiał złudzeń. Ale jeśli nie my to kto ;) Tak ponura niedziela zakończyła się niesamowitym zastrzykiem adrenaliny.Szaleńcza jazda i ucieczka przed nadchodzącym przypływem została mianowana do atrakcji dnia...


sobota, 7 lutego 2009

Turystyka bez barier?

Był sobie salon.








Krótki wypad do Longford...

Sentymentalne wspominki...

Dzisiaj otrzymałem ciekawą wiadomość, która uruchomiła "wehikuł czasu". Pamiętacie lata osiemdziesiąte? Może i była komuna, może i teraz jest lepiej ale...
Pozwolę sobie zamieścić cytat z wiadomości. Pozdrowienia dla dinozaurów.

Dorastaliście w latach
siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych...???
Jak, do cholery, udało się wam przeżyć???!!!

Samochody nie miały
pasów bezpieczeństwa,
ani zagłówków,
no i żadnych airbagów!!!

Na tylnym siedzeniu było wesoło,
a nie niebezpiecznie

Łóżeczka i zabawki były kolorowe
i z pewnością polakierowane
lakierami ołowiowymi
lub innym śmiertelnie groźnym gównem...

Niebezpieczne były puszki,
drzwi samochodów.

Butelki od lekarstw i środków czyszczących
nie były zabezpieczone.
Można było jeździć na rowerze bez kasku.
A ci, którzy mieszkali
w pobliżu szosy na wzgórzu
ustanawiali na rowerach rekordy prędkości,
stwierdzając w połowie drogi,
że rower z hamulcem
był dla starych chyba za drogi...
.... Ale po nabraniu pewnej wprawy
i kilku wypadkach...
panowaliśmy i nad tym (przeważnie)!

Szkoła trwała do południa,
a obiad jadło się w domu.

Niektórzy nie byli dobrzy w budzie
i czasami musieli powtarzać rok.

Nikogo nie wysyłano do psychologa.
Nikt nie był hiperaktywny
ani dysklektykiem.

Po prostu powtarzał rok
i to była jego szansa.

Wodę piło się z węża ogrodowego
lub innych źródeł,
a nie za sterylnych butelek PET

Wcinaliśmy słodycze i pączki,
piliśmy oranżadę z prawdziwym cukrem
i nie mieliśmy problemów z nadwagą,
bo ciągle byliśmy na dworze i byliśmy aktywni

Piliśmy całą paczką oranżadę z jednej butli
i nikt z tego powodu nie umarł.

Nie mieliśmy Playstations,
Nintendo 64, X-Boxes,
gier wideo, 99 kanałów w TV,(na jedynce transmisje z plenum partii, dwójkę mało kto odbierał, trzeba było stać i regulować antenę)
DVD i wideo, Dolby Surround,
komórek, komputerów ani chatroom’ów w Internecie...
... lecz przyjaciół !

Mogliśmy wpadać do kolegów
pieszo lub na rowerze,

zapukać i zabrać ich na podwórko
lub bawić się u nich,
nie zastanawiając się, czy to wypada.

Można się było bawić do upojenia,
pod warunkiem powrotu do domu przed nocą.

Nie było komórek...

I nikt nie wiedział gdzie jesteśmy i co robimy!!!
Nieprawdopodobne!!!

Tam na zewnątrz, w tym okrutnym świecie!!!
Całkiem bez opieki!
Jak to było możliwe?

Graliśmy w piłę na jedną bramę,
a jeśli kogoś nie wybrano do drużyny,
to się wypłakał i już.
Nie był to koniec świata ani trauma.

Mieliśmy poobcierane kolana i łokcie,
złamane kości, czasem wybite zęby,
ale nigdy, NIGDY,
nie podawano nikogo z tego powodu do sądu!
NIKT nie był winien, tylko MY SAMI!

Nie baliśmy się
deszczu, śniegu ani mrozu.
Nikt nie miał alergii
na kurz, trawę ani na krowie mleko.
Mieliśmy wolność i wolny czas,
klęski, sukcesy i zadania.
I uczyliśmy się dawać sobie radę!


Pytanie za 100 punktów brzmi:
Jak udało się nam przeżyć???
A przede wszystkim:
Jak mogliśmy rozwijać naszą osobowość???

Też jesteś z tej generacji?

Pewnie,można powiedzieć,
że, żyliśmy w nudzie i szarości, ale...…kurcze,
przecież byliśmy szczęśliwi !!!

niedziela, 1 lutego 2009

WRC Ireland 2009



Wreszcie jest!!! Ostatniego dnia przezwyciężyłem lenistwo... Mogę śmiało być z siebie dumny. Niedziela 1 lutego godzina 6:00 pobudka. Niecałą godzinę później wyjazd z pełnym ekwipunkiem (pierwszy mój wypad na taką imprezę i nie obyło się bez błędów, statyw = wielka pomyłka:) Godzina 8:00 poszukiwania miejsca do zaparkowania w zatłoczonej uliczce. Następnie przełaj przez pole, trzeba nadmienić, że ostatni tydzień sowicie padało, więc błoto po kolana i... pierwsze zaskoczenie. W niedziele o tej porze "tubylcy" raczej odsypiają sobotnie szaleństwa a tu tłumy :) Wyposażone w gumowe obuwie "ortopedyczne" - widać nie pierwszy raz kibicują. Potem przepychanki do na z góry upatrzone pozycje. Kilka fotek (raczej kilkaset... ale nie nadających się do publikacji - dupa ze mnie nie fotograf)No i wycofanie na kolejną dogodną pozycje. Takie szachy przez cały dzień z przerwami na przemieszczanie pomiędzy etapami.
Godzina 15:00 HQ w Sligo. Spektakularny finish i... jeszcze więcej ludzi:( Serwis samochodów, wywiady, na koniec dekoracja zwycięzców, małe zakupy w firmowych stoiskach i powrót do domu. Bilans - Potworne zmęczenie, koszmarne obłocenie, prawie odmrożenia i... wielki banan na twarzy. Był to mój pierwszy rajd i definitywnie NIE ostatni. Polecam:)