Jak wszyscy doskonale się orientują, "zabawa" z aparatem jest dość kosztownym hobby.
Nigdy nie osiągnie się poziomu posiadania sprzętu, którego nie można by rozbudować.
Spędzając kolejny, mozolny dzień w pracy nic nie zapowiadało ciekawej odmiany...
W porze lunchu odebrałem telefon od kolegi Irlandczyka: " Wiem, że zajmujesz się fotografią i rozmawiałem o Tobie ze znajomym, który przygotowuje się do małżeństwa. Poleciłem mu Ciebie jako dobrego fotografa..."
Lubię wyzwania, ale czy to nie za duża odpowiedzialność.
Jakiś czas temu, po niezadowalających efektach zarzuciłem "pstrykanie"z lampą błyskową, a przy takim zleceniu bezwzględnie trzeba przeprosić się z "wytwornicą grzmotów". Po powrocie do domu podzieliłem się wiadomościami z S-żonką i kolejna niespodzianka :"Wiesz... kolegi z pracy syn ma komunię w sobotę i fotograf wystawił ich do wiatru, pomożesz?" Zgodziłem się "pomóc" rozwiązać problem i tak popełniłem pierwsze zlecenie w Irlandii:)
Nieznajomość panujących zwyczajów, w kraju moich chlebodawców zaowocowała delikatnie ujmując, zdegustowaniem uczestników mszy św. Po kolejnym błysku flesza usłyszałem słowa wycedzone przez zęby :"Wystarczy, przestań robić zdjęcia" - odburknął oburzony tubylec.
Zmierzyłem klienta złowrogim spojrzeniem i kontynuowałem prace :)
Po mszy wyjaśniło się, dlaczego błędem było polowanie na najlepsze ujęcia w czasie obrzędu liturgicznego:) W Polsce idzie się do kościoła, a po słowach idźcie ofiara spełniona, spokojnie opuszcza się dom boży. Natomiast w Irlandii wszyscy udają się do ołtarza by zrobić "dowolne" zdjęcia. Wszystko odbywa się na luzie, a ksiądz ochoczo pozuje do ujęć. Komunikanci z członkami rodzin okupują miejsca dostępne w Polsce tylko dla kapłanów:) dzieciaki siadają na krzesła przeznaczone dla duchownych, stają za ołtarzem itd.
Pierwsza lekcja "obyczajowa" odrobiona. Udało się zrobić kilka ujęć, a nawet poeksperymentować. Poniżej ujęcie z delikatnym panoramowaniem :))

Niestety, obfite opady deszczu uniemożliwiły sesję w plenerze. Gdzie czuję się znacznie lepiej, niż w mało oświetlonych pomieszczeniach. Po mszy udaliśmy się wszyscy do szkoły komunikantów, gdzie został przygotowany poczęstunek dla gości.
Ścisła współpraca księdza, nauczycieli i rodziców pozwoliła na stworzenie iście rodzinnej atmosfery. Tak ważnej dla emigrantów, których rodziny są daleko w innych krajach.
Po południu wypogodziło się na tyle, że udało mi się wyciągnąć "zleceniodawców" na krótki plenerek. Tu czułem się znacznie pewniej i mogłem rozwinąć skrzydła:)))