niedziela, 31 maja 2009

Słońce w Roscommon !!!

Po dłuuuugim okresie do deszczowej krainy zajrzało słoneczko. Kto żyw wystawiał ciała spragnione słonecznych kąpieli...







Panna Niki łapczywie "tapla" się w słońcu...


Odwiedziła nas sąsiadka Alexa:)


i sąsiad, Patryk:)

sobota, 30 maja 2009

Zamienić hobby w interes?

Jak wszyscy doskonale się orientują, "zabawa" z aparatem jest dość kosztownym hobby.
Nigdy nie osiągnie się poziomu posiadania sprzętu, którego nie można by rozbudować.
Spędzając kolejny, mozolny dzień w pracy nic nie zapowiadało ciekawej odmiany...
W porze lunchu odebrałem telefon od kolegi Irlandczyka: " Wiem, że zajmujesz się fotografią i rozmawiałem o Tobie ze znajomym, który przygotowuje się do małżeństwa. Poleciłem mu Ciebie jako dobrego fotografa..."
Lubię wyzwania, ale czy to nie za duża odpowiedzialność.
Jakiś czas temu, po niezadowalających efektach zarzuciłem "pstrykanie"z lampą błyskową, a przy takim zleceniu bezwzględnie trzeba przeprosić się z "wytwornicą grzmotów". Po powrocie do domu podzieliłem się wiadomościami z S-żonką i kolejna niespodzianka :"Wiesz... kolegi z pracy syn ma komunię w sobotę i fotograf wystawił ich do wiatru, pomożesz?" Zgodziłem się "pomóc" rozwiązać problem i tak popełniłem pierwsze zlecenie w Irlandii:)
Nieznajomość panujących zwyczajów, w kraju moich chlebodawców zaowocowała delikatnie ujmując, zdegustowaniem uczestników mszy św. Po kolejnym błysku flesza usłyszałem słowa wycedzone przez zęby :"Wystarczy, przestań robić zdjęcia" - odburknął oburzony tubylec.
Zmierzyłem klienta złowrogim spojrzeniem i kontynuowałem prace :)
Po mszy wyjaśniło się, dlaczego błędem było polowanie na najlepsze ujęcia w czasie obrzędu liturgicznego:) W Polsce idzie się do kościoła, a po słowach idźcie ofiara spełniona, spokojnie opuszcza się dom boży. Natomiast w Irlandii wszyscy udają się do ołtarza by zrobić "dowolne" zdjęcia. Wszystko odbywa się na luzie, a ksiądz ochoczo pozuje do ujęć. Komunikanci z członkami rodzin okupują miejsca dostępne w Polsce tylko dla kapłanów:) dzieciaki siadają na krzesła przeznaczone dla duchownych, stają za ołtarzem itd.
Pierwsza lekcja "obyczajowa" odrobiona. Udało się zrobić kilka ujęć, a nawet poeksperymentować. Poniżej ujęcie z delikatnym panoramowaniem :))


Niestety, obfite opady deszczu uniemożliwiły sesję w plenerze. Gdzie czuję się znacznie lepiej, niż w mało oświetlonych pomieszczeniach. Po mszy udaliśmy się wszyscy do szkoły komunikantów, gdzie został przygotowany poczęstunek dla gości.
Ścisła współpraca księdza, nauczycieli i rodziców pozwoliła na stworzenie iście rodzinnej atmosfery. Tak ważnej dla emigrantów, których rodziny są daleko w innych krajach.
Po południu wypogodziło się na tyle, że udało mi się wyciągnąć "zleceniodawców" na krótki plenerek. Tu czułem się znacznie pewniej i mogłem rozwinąć skrzydła:)))

piątek, 22 maja 2009

Polowanie na wielką falę:)


Powoli idzie obrabianie zdjęć z wyprawy na Tory Island.
Na razie zajawka... "miszczu" przy pracy:)
Na dnie "dziury" w centrum wyspy.

Zamek Roscommon


Zamek a właściwie jego ruiny w Roscommon.
Długo trwało zanim dojrzeliśmy do decyzji o wydrukowaniu instrukcji do aparatu:) Ale JUŻ jest!!!! Dzisiaj zachwycaliśmy się opcją live view. Pełen manual, wyłączony auto-focus. Już Nas Grzesiu nie zaskoczy: "Jak się powiększy to widać nieostre obszary...".
Teraz ostrość ustawiamy na 10-cio krotnym powiększeniu:P (Jest frajda, chociaż bateria "znika" w oczach)

sobota, 16 maja 2009

sobota, 9 maja 2009

Widoczki

Parę widoczków z weekendowego wypadu...


Widok z drogi do Glenveagh National Park


Drzewo nad brzegiem jeziora, wokoło 16ha bajecznych pejzaży.


Jeden z wielu posągów w zamkowym parku.


Punkt widokowy na który aby się wdrapać trzeba pokonać między innymi schody (na zdjęciu poniżej)



Jakaś urna w przepięknym ogrodzie.


Jak ogród, to muszą być też kwiaty...

Na deser kilka fotek wodospadu... Smacznego:)


wtorek, 5 maja 2009

Feralny Wtorek...

Obudziłem się dzisiaj z przekonaniem, że powinienem zrobić sobie dzień lenia. Już sięgałem po słuchawkę aby zadzwonić do supervisora i zaklepać dzień wolny... Gdy do głosu doszło poczucie obowiązku. Po długim weekendzie telefon pękał w szwach od service call-i, więc podniosłem zwłoki, stłumiłem intuicję i ruszyłem w świat naprawiać Irlandię. Podróż niestety nie trwała zbyt długo. Podążając na skróty za GPS-em znalazłem się poza drogą na kolejowym ogrodzeniu. Z relacji użytkowników tejże drogi wynika, iż było to miejsce masowych wycieczek poza asfaltową nawierzchnię (ok 3-4 tygodniowo) ale znaku o niebezpiecznym zakręcie nie uraczysz:(
W kilka minut po zdarzeniu (gdy udało się odszukać telefon) rozmowa z Supervisor-em
Potem AA asistance, Kenilworth motors, gościu od "lawety", wypożyczalnia samochodów itd. W sumie kilkadziesiąt telefonów aby znaleźć wyjście z sytuacji. Ale... po kolei.
Najpierw, szef dał mi numer do AA i "members number" (AA- zapewniają pomoc drogową) Pierwszy telefon - odpowiedź krótka - niewłaściwy "members number", kolejne zapytanie do macierzystej firmy i udało się. Trudność sprawiło ustalenie dokładnego adresu zdarzenia (pomimo trackera- podobno dla naszego bezpieczenstwa)(GPS pokazywał unnamede road, a współrzędnych pani po drugiej stronie telefonu nie "akceptowała" Pomoc życzliwych ludzi zatrzymujących się przy drodze umożliwiła mi wytłumaczenie własnego położenia. (Jeden ze starszych kierowców gdy stwierdził, że nic mi się nie stało zaproponował nawet, że dowiezie mi kawę, bo niedaleko mieszka. Podziękowałem serdecznie i nieświadomy swych słów oznajmiłem, że nie mam zamiaru tak długo tu zostawać) Teraz tylko pozostało cierpliwie czekać aż oddzwoni gościu z lawetą. Oddzwonił, gdy właśnie wykonywałem kolejny telefon do biura i zostawił wiadomość ...będę za dziesięć minut.W miedzy czasie przybyła "brygada naprawcza" ogrodzenia, które przeniosłem w niebyt. Panowie poczęstowali herbatą i wsparli właściwą "directions" Na interesujących konwersacjach upłynęła godzina, którą panowie spędzili na piciu herbaty i spożywaniu kanapek. Gdy przyszła kolejna wiadomość: "Nie mogłem Cię znaleźć i skasowano to wezwanie" wstrząsnęła mną dogłębnie.Piana na ustach być może nie pozwalała mi się dokładnie wysławiać ale po wielu próbach i rozmowach z automatyczną sekretarką udało się dogadać z gościem. Obiecał, że zjawi się zaraz po tym, jak jeszcze raz zadzwonię do AA i odblokuje wezwanie. Znowu proceduralne pierdoły i dziesiątki telefonów. Suma sumarum o godzinie 12 auto znalazło się na lawecie ( zdarzenie miało miejsce około 8)Przemarznięty i zmęczony usiadłem w szoferce i wyczekiwałem dalszego obrotu sprawy. Kolejny łańcuszek szczęścia (telefoniczny po wpomnianych instytucjach) i zapadła decyzja - kolo z lawety zabiera auto do swojego warsztatu i go naprawia a AA organizuje auto zastępcze. Myślicie pewnie, podobnie jak ja myślałem, że to koniec samochodowej telenoweli, ale nie... Gdy przyjechaliśmy do warsztatu właściciel zadzwonił do AA, którzy z kolei dzwonili do wypożyczalni aby zorganizować zastępcze auto - diagnoza:"za 10 minut ktoś do pana oddzwoni z wypożyczalni"... Po godzinie kolejne telefony - ta sama odpowiedź - ktoś oddzwoni. Kolejne dwie godziny oparte były na tym samym scenariuszu. Nie pamiętam ile telefonów wykonałem i z iloma osobami rozmawiałem ale telefon ładowałem regularnie. Po 3 godzinach zapaliło się światełko w tunelu. Znajomy dzwonek zwiastował zakończenie telefonicznego łańcuszka.:
-Dzwonię z wypożyczalni samochodów, zdarzył się panu wypadek, więc dostarczymy samochód zastępczy. Za dziesięć minut wyjedzie z Athlone, gdzie pan jest?
- jakie Athlone jestem w Sligo
- oooo, to nie wiem dlaczego dzwonili do nas
- A ja mam wiedzieć (to grzeczniejsza wersja mojej wypowiedzi)
- Przepraszam, zaszła pomyłka, skontaktuję się z naszym oddziałem w Sligo i ktoś do pana oddzwoni.
Nie wytrzymałem !!@#@!!! sam znalazłem telefon do Sligo i o godzinie 16:30 dostarczono mi zastępczego vana.
Wyruszyłem do pracy.



Kilka fotek ku przestrodze kolegom z firmy:)