wtorek, 5 maja 2009

Feralny Wtorek...

Obudziłem się dzisiaj z przekonaniem, że powinienem zrobić sobie dzień lenia. Już sięgałem po słuchawkę aby zadzwonić do supervisora i zaklepać dzień wolny... Gdy do głosu doszło poczucie obowiązku. Po długim weekendzie telefon pękał w szwach od service call-i, więc podniosłem zwłoki, stłumiłem intuicję i ruszyłem w świat naprawiać Irlandię. Podróż niestety nie trwała zbyt długo. Podążając na skróty za GPS-em znalazłem się poza drogą na kolejowym ogrodzeniu. Z relacji użytkowników tejże drogi wynika, iż było to miejsce masowych wycieczek poza asfaltową nawierzchnię (ok 3-4 tygodniowo) ale znaku o niebezpiecznym zakręcie nie uraczysz:(
W kilka minut po zdarzeniu (gdy udało się odszukać telefon) rozmowa z Supervisor-em
Potem AA asistance, Kenilworth motors, gościu od "lawety", wypożyczalnia samochodów itd. W sumie kilkadziesiąt telefonów aby znaleźć wyjście z sytuacji. Ale... po kolei.
Najpierw, szef dał mi numer do AA i "members number" (AA- zapewniają pomoc drogową) Pierwszy telefon - odpowiedź krótka - niewłaściwy "members number", kolejne zapytanie do macierzystej firmy i udało się. Trudność sprawiło ustalenie dokładnego adresu zdarzenia (pomimo trackera- podobno dla naszego bezpieczenstwa)(GPS pokazywał unnamede road, a współrzędnych pani po drugiej stronie telefonu nie "akceptowała" Pomoc życzliwych ludzi zatrzymujących się przy drodze umożliwiła mi wytłumaczenie własnego położenia. (Jeden ze starszych kierowców gdy stwierdził, że nic mi się nie stało zaproponował nawet, że dowiezie mi kawę, bo niedaleko mieszka. Podziękowałem serdecznie i nieświadomy swych słów oznajmiłem, że nie mam zamiaru tak długo tu zostawać) Teraz tylko pozostało cierpliwie czekać aż oddzwoni gościu z lawetą. Oddzwonił, gdy właśnie wykonywałem kolejny telefon do biura i zostawił wiadomość ...będę za dziesięć minut.W miedzy czasie przybyła "brygada naprawcza" ogrodzenia, które przeniosłem w niebyt. Panowie poczęstowali herbatą i wsparli właściwą "directions" Na interesujących konwersacjach upłynęła godzina, którą panowie spędzili na piciu herbaty i spożywaniu kanapek. Gdy przyszła kolejna wiadomość: "Nie mogłem Cię znaleźć i skasowano to wezwanie" wstrząsnęła mną dogłębnie.Piana na ustach być może nie pozwalała mi się dokładnie wysławiać ale po wielu próbach i rozmowach z automatyczną sekretarką udało się dogadać z gościem. Obiecał, że zjawi się zaraz po tym, jak jeszcze raz zadzwonię do AA i odblokuje wezwanie. Znowu proceduralne pierdoły i dziesiątki telefonów. Suma sumarum o godzinie 12 auto znalazło się na lawecie ( zdarzenie miało miejsce około 8)Przemarznięty i zmęczony usiadłem w szoferce i wyczekiwałem dalszego obrotu sprawy. Kolejny łańcuszek szczęścia (telefoniczny po wpomnianych instytucjach) i zapadła decyzja - kolo z lawety zabiera auto do swojego warsztatu i go naprawia a AA organizuje auto zastępcze. Myślicie pewnie, podobnie jak ja myślałem, że to koniec samochodowej telenoweli, ale nie... Gdy przyjechaliśmy do warsztatu właściciel zadzwonił do AA, którzy z kolei dzwonili do wypożyczalni aby zorganizować zastępcze auto - diagnoza:"za 10 minut ktoś do pana oddzwoni z wypożyczalni"... Po godzinie kolejne telefony - ta sama odpowiedź - ktoś oddzwoni. Kolejne dwie godziny oparte były na tym samym scenariuszu. Nie pamiętam ile telefonów wykonałem i z iloma osobami rozmawiałem ale telefon ładowałem regularnie. Po 3 godzinach zapaliło się światełko w tunelu. Znajomy dzwonek zwiastował zakończenie telefonicznego łańcuszka.:
-Dzwonię z wypożyczalni samochodów, zdarzył się panu wypadek, więc dostarczymy samochód zastępczy. Za dziesięć minut wyjedzie z Athlone, gdzie pan jest?
- jakie Athlone jestem w Sligo
- oooo, to nie wiem dlaczego dzwonili do nas
- A ja mam wiedzieć (to grzeczniejsza wersja mojej wypowiedzi)
- Przepraszam, zaszła pomyłka, skontaktuję się z naszym oddziałem w Sligo i ktoś do pana oddzwoni.
Nie wytrzymałem !!@#@!!! sam znalazłem telefon do Sligo i o godzinie 16:30 dostarczono mi zastępczego vana.
Wyruszyłem do pracy.



Kilka fotek ku przestrodze kolegom z firmy:)

2 komentarze: